Chojnow.pl
Nasza strona korzysta z plików Cookie. Czytaj więcej.
facebook twitter nk
Logowanie Rejestracja
  • Polish
  • English


Rowerem po Bieszczadach - wyprawa nie dla leniuchów

Autor Rafał Wyciszkiewicz
Data utworzenia: 28 sierpień 2012, 13:00 Wszystkich komentarzy: 27


Rowerem po Bieszczadach - wyprawa nie dla leniuchów

23 lipca dwóch chojnowskich rowerzystów - Rafał Wyciszkiewicz i Paweł Wróbel, wyjechało po raz pierwszy razem, na kolejną swoją wyprawę rowerową. Głównym celem podróży był jeden z najpiękniejszych polskich regionów- Bieszczady. Oto relacja Rafała:

Wyruszyliśmy pociągiem do Przemyśla, w którym nota bene zakończyłem wyprawę 5 lat temu, jadąc z Mazur. Ponad 600 km pokonaliśmy zaledwie w...12 godz. co daje średnią 50 km/h. Totalna porażka ta nasza kolej. Tuż po wyjściu z pociągu znaleźliśmy się w ...pałacu, to znaczy na dworcu, który jest ewenementem w naszym kraju, bo po renowacji jego wnętrza przypominają właśnie pałacowe.


W Przemyślu wspięliśmy się na Kopiec Tatarski, skąd roztacza się wspaniały widok na całe miasto i okolicę, po czym udaliśmy się do wsi Kuńkowce.


Tam zwiedziliśmy fragment Twierdzy Przemyśl- Fort „Łętownia”, wysłuchując dwugodzinnych opowieści z historii, a także problemach jakie robi władza dzierżawcy budowli.


Następnego dnia udaliśmy się do oddalonego o 10 km Krasiczyna, słynącego z bardzo ładnego zamku. Kiedy byłem tu 5 lat temu, w środku trwał remont. Pech chciał, że i tym razem nie dane mi było go zwiedzić od środka, gdyż spóźniliśmy się...5 min.


Na szczęście mogliśmy zwiedzić zamek od zewnątrz, a ochroniarz, który sprzedał nam bilety, okazał się człowiekiem u którego biwakowaliśmy tej nocy. Cóż za przypadek. Jak się okaże nie jedyny. Dzisiejszy dzień zakończyliśmy w Kalwarii Pacławskiej słynącej z Bazyliki i odbywających się corocznie Dróg Krzyżowych, prowadzących wokół kilkudziesięciu kapliczek rozsianych po okolicznym lesie. My mieliśmy także swoją drogę krzyżową, bo by wjechać do tej położonej na wzgórzu wioski, trzeba było pokonać 3 km, ostry podjazd. I choć prawdziwe góry dopiero przed nami, to okazało się, że była to jedyna góra, na którą podjeżdżając z zawrotna prędkością 6 km/h, poddałem się w połowie, prowadząc rower przez pozostałą część drogi. Zaznaczę tu, że mój bagaż ważył ok.17 kg, a Pawła ponad 20. To nic w porównaniu z 50 kg bagażem, jaki wiózł prawie 70-letni rowerzysta, jadący dookoła Polski.


Kiedy się widzi takie obrazki, dochodzi się do wniosku, że i w takim wieku nie jesteśmy skazani jedynie na siedzenie przed telewizorem. A propos telewizora, to moja znajoma widziała tego Pana tam właśnie. W Kalwarii trafiliśmy na odbywające się tu 25 Spotkania Młodych, na których wpaja się młodzieży, że homoseksualizm to choroba, a seks przed ślubem jest grzechem. Po przyjeździe skierowaliśmy się na pole namiotowe, gdzie na bramie powitał nas młody kleryk. Okazało się, że jest to pole tylko dla uczestników imprezy, ale pozwolił nam rozbić się...za płotem. Do późna trwały koncerty, oraz śpiewanki przez co ciężko było zasnąć.


Następnego dnia zatrzymaliśmy się w stolicy Bieszczadów - Ustrzykach Dolnych, gdzie zjedliśmy wspaniałe pierogi ze szpinakiem i suszonymi pomidorami zapiekane w serze.


Tej nocy na nocleg zatrzymaliśmy się w schronisku w Lutowiskach. Przydzielono nam 18 osobowy pokój. Były w nim zakwaterowane... aż dwie osoby, w dodatku płci pięknej, które za kilka dni...ale nie uprzedzajmy faktów.


Kolejnego dnia pierwszy raz zmuszeni byliśmy jechać w deszczu, ponieważ padało pół dnia. Na szczęście mieliśmy dziś do przejechania tylko 20 km, bo tyle zostało nam do Ustrzyk Górnych, do których zmierzaliśmy. Na tym totalnym końcu świata spędziliśmy dwa dni. Pierwszego zdobyliśmy najwyższy szczyt Bieszczadów- Tarnicę, a drugiego dnia odbyliśmy wycieczkę po przepięknej Połoninie Caryńskiej. Widoki zapierały dech w piersiach, gdzie po horyzont rozpościerały się tylko góry.


Nazajutrz także wybraliśmy się na górski szlak, tym razem po Połoninie Wetlińskiej, gdzie na jej szczycie w „Chatce Puchatka” Paweł gasił pragnienie piwem za 10 zł.


Następnie nasza trasa biegła przez Wetlinę i Cisną, ze słynnym barem „Siekierezada”, w której panuje niesamowity klimat, poprzez oryginalny wystrój i powbijane w stoły siekiery.


W miejscowości tej uratowaliśmy słowackich rowerzystów, którym zerwał się łańcuch, a nie mieli skuwacza. Wynagrodzili nam to w postaci piwa. W centrum wsi spotkałem znajomego, który jeździ po całym kraju sprzedając własnoręcznie wykonane wyroby z koralików.

Kolejnym naszym celem był Zalew Soliński ze słynną, największą w kraju zaporą wodną. Nim dotarliśmy do Soliny, wcześniej zajechaliśmy do Polańczyka na punkt widokowy, skąd mieliśmy niesamowity widok na Jezioro Solińskie. W Solinie rozbiliśmy się na kempingu 100 m od jeziora. Piękne to miejsce, ale wypocząć i zjeść tu nie można, gdyż ludzi tłumy, a ceny kosmiczne. W dodatku tutaj także ciężko było zasnąć, gdyż trwał koncert zespołów szantowych. Pomimo, że impreza miała miejsce w oddalonym o 5 km Polańczyku, to echo nieźle niosło się po jeziorze.


Tak więc po dwóch dniach opuściliśmy to trochę snobistyczne miejsce, zwiedzając wcześniej zaporę od środka, po czy udaliśmy się do Sanoka. Na Rynku, kiedy robiliśmy sobie zdjęcie ze Szwejkiem, przez zupełny przypadek spotkaliśmy wcześniej wspomniane koleżanki ze schroniska, które poznaliśmy 5 dni temu.


Razem z nimi zwiedziliśmy zamek, ze wspaniałą kolekcją obrazów światowej sławy artysty Zdzisława Beksińskiego, nota bene byłego mieszkańca Sanoka, zamordowanego w 2005 r. a także największy Skansen Budownictwa Ludowego w Polsce, w którym zgromadzono ponad 100 obiektów takich jak: chaty, cerkwię, wiatrak, kościół z terenów Pogórza, Łemkowszczyzny i Bojkowszczyzny.


Jadąc dalej zawitaliśmy do klasztoru w Komańczy, gdzie w latach 1955-56 internowany był prymas Stefan Wyszyński. Tego dnia, pomimo ogromnego upału pobiliśmy rekord dystansu, który wyniósł 97 km.


11 dzień przyniósł nam najtrudniejszy odcinek do pokonania. Najpierw jechaliśmy 2 km po czymś, co kiedyś nazywano asfaltem, później 4 km polną, kamienistą drogą a następnie jakieś 10 km, także polniakiem przez las, z czego połowa wiodła ostro pod górę. Nagrodą był zjazd już po asfalcie, z prędkością dochodzącą do 60 km/h. Mało brakowało, a mogłoby się to dla mnie źle skończyć, gdyż nagle owy asfalt zniknął. Kiedy wyjechaliśmy z lasu, znaleźliśmy się w Zdyni, gdzie co roku organizowana jest największa watra w Polsce, która odbywała się 2 tyg. wcześniej. Po drodze fotografowaliśmy wszystkie drewniane cerkwie, a jedną z nielicznych, udostępnionych do zwiedzania była ta w Kwiatoniu, mająca szansę niedługo trafić na światową listę UNESCO.


Dwunastego dnia wyprawy dotarliśmy do Nowego Sącza, skąd pociągiem udaliśmy się do Wieliczki. Tam na rynku obejrzeliśmy znakomite malowidło 3D, a następnie skierowaliśmy się w kierunku kopalni soli, by zwiedzić jedno z piękniejszych muzeów w Polsce. Pomimo niemałej ceny biletu, wynoszącej 50 zł kasy biletowe oblegane są od samego rana do późnego wieczora.


Ostatnią noc spędziliśmy, dzięki uprzejmości ochrony kopalni, na boisku piłkarskim. Znajdowało się ono obok kopalni, gdzie tuż za bramką rozbiliśmy namiot. Nie było to takie proste, gdyż podłoże stanowiły same kamieniste, więc szpilki udało się wbić tylko do połowy. Mieliśmy szczęście, że zapowiadająca się burza nas ominęła, bo byśmy pofrunęli razem z namiotem. Niezłą sensację wywołaliśmy u ludzi, którzy rano zobaczyli nowy obiekt na stadionie.


Rano udaliśmy się do Krakowa, gdzie na Rynku rozpoznał nas koleś, który jechał z nami kilkanaście dni temu do Przemyśla. Kolejny niesamowity zbieg okoliczności. To, co zobaczyliśmy tuż obok Kościoła Mariackiego, wprawiło nas i wielu oglądających w osłupienie. Siedziało tam dwóch azjatów wyglądających na mnichów. Jeden z nich dzierżył w dłoni gruby kij, którego trzymał się ręką drugi siedzący....w powietrzu. Gdybym to zobaczył w TV, to pomyślałbym, że to trick. Niesamowite do czego zdolny jest człowiek. Na zwiedzanie miasta mieliśmy tylko 3 godz, więc obejrzeliśmy tylko najważniejsze zabytki, po czym wsiedliśmy do ulubionego środka transportu, jakim są PKP, by po 13 dniach i przejechaniu na rowerach 600 niełatwych kilometrów powrócić do codzienności.


Przed wyprawą miałem obawy, czy dam radę po górach, bo nigdy po nich nie jeździłem. Ku mojemu zdziwieniu nogi bolały mnie trochę i to nie od jazdy rowerem, a chodzenia górskimi szlakami. Choć bieszczadzkie szosy składają się praktycznie z samych zjazdów i podjazdów, często niełatwych, to najbardziej męczące okazały się temperatury, gdzie licznik pokazywał czasem prawie 40 stopni. Obawiałem się stanu dróg, lecz byłem miło zaskoczony, gdyż tam, nawet w malutkich i zapomnianych wioskach są one dobrej jakości. Niestety po raz kolejny muszę przyznać, iż gmina Chojnów ma najgorsze drogi w Polsce.


Podsumowując, oceniam wyprawę na bardzo udaną. Po raz kolejny pogoda mi dopisała, przez co wszystko poszło zgodnie z planem. Może nie zrobiliśmy zbyt wielu kilometrów, ale nie jechaliśmy przecież dla nich, lecz by zobaczyć kawałek pięknej Polski, jakim niewątpliwie są Bieszczady, ze swoimi urokliwymi cerkwiami, malowniczymi połoninami i poza najpopularniejszymi miejscami ostatnią oazą spokoju nie skażoną cywilizacyjnym postępem.

Tym którzy dotrwali do końca serdecznie dziękuję za uwagę i zachęcam do rowerowych eskapad.

Osoby chętne do udziału w przyszłorocznej wyprawie (trasa do ustalenia) proszę o kontakt na maila: rwyciszkiewicz@o2.pl

Rafał Wyciszkiewicz


Więcej zdjęć z wyprawy w Bieszczady: KLIK



Komentarze

Jeśli tak ,to niezłe jaja sobie robią z ludzi.Choć wygląda to realistycznie,to chętnie zobaczę tę tajemnice,więc jak możesz,to podeślij link
http://www.youtube.com/watch?v=etSivpBHUmE&feature=related
zgłoś komentarz
A to podli naciągacze.Chętnie bym wrócił do Krakowa i im nabluzgał
zgłoś komentarz
Żabciu ta sztuczka ma ponad 2 tyś lat ,choć to jest nowość jak łóżko piętrowe :)

http://www.youtube.com/watch?v=etSivpBHUmE&feature=related
zgłoś komentarz
Dzisiaj miałam więcej czasu i pooglądałam Twoje filmiki Rafał (Malindol). Dzięki, że coś takiego zrobiłeś. Tak miło było zobaczyć te cerkwie na filmie. Widziałam na żywo kilka, są rzeczywiście przepiękne. Mam zdjęcia, ale film przypomniał mi to jakbym tam była przed chwilą. Super!
zgłoś komentarz
No to sie cieszę Inka,ale mam prośbę,bo widzę,że i tobie sie udzielił język psymona.Chodzi mi,że odmiana mojego nicka to Malindy nie Malindola a już Melindol to chyba on z kosmosu wziął.Fajny klimat robią te drewniane cerkwie.Pomyśleć,że przed Akcja Wisła,było ich ponad 400,a teraz ok.150.W Komańczy 4 lata temu spłonęła,a od 2 lat jest nowa,aż pachnie jeszcze świeżością,ale nie ma to jak zapach starego drewna.
zgłoś komentarz
Bardzo spodobał mi się Twój artykuł, zdjęcia i te filmiki. Wróciłam w Bieszczady... Przepraszam Cię za zniekształcenie nicku, chyba za dużo się naczytałam tego co pisał Psymon, ale to nie było z mojej strony zamierzone. Osobiście wolałabym napisać Rafał, a nie Malinda. Pozdrawiam.
zgłoś komentarz
No to jeszcze raz się cieszę,że podobała się moja relacja.Żałowałem,że nie mogłem wziąć swojego sprzętu z uwagi na ciężar,ale zaawansowany kompakt tez dał radę.W następnym numerze GCh będzie bardzooo skrócona relacja.No to teraz jak psymon to przeczyta,to znów będzie jazda z gazetą.Nie ma sprawy,nie gniewam się,a jak wolisz Rafał,to o.k.
zgłoś komentarz
więc jak ci sie podobała relacja,to zapraszam na moja stronę www.jeśli jeszcze tam nie trafiłaś,bo mam tam opisane inne wyprawy.
zgłoś komentarz
Malindol twierdzisz że nie masz nic z GCh do czynienia a oni twoje zdjęcia zamieszczają więc sam sobie odpowiedz ,teraz będzie relacja ,ok może być mi tam nie przeszkadza ,wyprawa naprawdę fajne więc nawet powinna się ukazać ,lubię Bieszczady ale akurat nie za kapliczki i krzyże przy drogach czy drewniane kościółki które płoną bo księża żałują kasy na zabezpieczenie ich ,jednak na nowy samochód to sobie nie żałują .

Co do przekręcania nicku to żart ,nic osobistego czy obraźliwego ,że tobie brak dystansu do siebie Melindo :) cóż poradzę
Zresztą Melinda to bardzo pozytywna postać z filmu Woody Allena jaki tytuł filmu żabciu :)

@Inko nie zwalaj na mnie winy ;-)
zgłoś komentarz
ja już na temat moich powiązań z GCh nie raz pisałem,ale ty dalej swoje,więc cóż,nie będę nic tłumaczył.Nie wiedziałem,że jeśli publikują czyjeś zdjęcia,staje się ta osoba zaraz współpracownikiem.A ta cerkiew w Komańczy spłonęła prawdopodobnie,bo młodzież zapalając świece spowodowała pożar.
zgłoś komentarz

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.