Chojnow.pl
Nasza strona korzysta z plików Cookie. Czytaj więcej.
facebook twitter nk
Logowanie Rejestracja
  • Polish
  • English


Oglądaj, słuchaj, czytaj. Część 6.

Autor Michal
Data utworzenia: 28 marzec 2014, 14:57 Wszystkich komentarzy: 0


Oglądaj, słuchaj, czytaj. Część 6.
Pamiętam czasy gdy oglądałem TV. Gdy Kuba Wojewódzki miał swój autorski program w Polsacie. Gdy nie chodził w trampkach, nie był ikoną lifestylu i zapraszał do swoich programów debiutujących artystów, którzy jego zdaniem podbiją polską scenę muzyczną. Występy zazwyczaj miały miejsce po "przemaglowaniu" gości, na sam koniec. Czasem przełączałem kanał nie mogąc znieść tej alternatywy, czasem z zainteresowaniem słuchałem. Właśnie w trakcie jednego z programów Wojewódzkiego po raz pierwszy usłyszałem Marię Peszek. Następnego dnia zrobiłem risercz, dowiedziałem się "kto zacz", sięgnąłem po "Miastomanię". Kilka miesięcy później usłyszałem ją na Off-Festivalu. Wiedziałem, że to jest to, czego szukam w muzyce.

Po niesamowitej "Miastomani" była erotyczna, namiętna, bardzo kobieca "Maria Awaria" wzbogacona o papierową wersję krążka. Nie od razu zaprzyjaźniłem się z tym dziełem. Wielokrotnie podchodziłem do tego materiału, wstępnie sądząc, że Maria zboczyła ze stylistyki, która tak bardzo mi odpowiadała, tej miejskiej. Wystarczył jednak impuls, który pozwolił mi zaskoczyć i "Maria Awaria" została pokochana, podobnie jak debiut artystki. Druga płyta Marysi była kontrowersyjna, to prawda. Jednak dopiero ostatni studyjny krążek pochodzącej z Warszawy wokalistki okazał się prawdziwą bombą.

Ogromnym wyzwaniem było ominięcie komentarzy na temat "Jezus Maria Peszek". Liczne wywiady w prasie, sięgające dwóch biegunów recenzje mediów lewicowych i tych bliżej strony prawej zalały Internet, gazety, rozgłośnie radiowe. Był prawdziwy bum. Maria Peszek, niegdyś skromna, szara myszka, później namiętna kobieta, aktualnie wyzwolona, doświadczona przez chorobę (załamanie nerwowe - przyp. red.) artystka. Jednak przede wszystkim jawnie występująca z kościoła. Kiedy w Polsce ktoś mówi, że nie potrzebuje wsparcia Boga, nie wierzy w niego i odnajduje szczęście dopiero po wyzbyciu się złudzeń o jego istnieniu - musi to wywołać kontrowersje. W dodatku, gdy jest wielbiony za poprzednie dzieła przez ogromną rzeszę fanów, a jego płyty sięgają najwyższych miejsc list sprzedażowych.




Jak wspomniałem – by uniknąć recenzji "Jezus Maria Peszek" trzeba byłoby zamknąć się w szafie i nie wychodzić z niej przez kilka dobrych miesięcy. Próbowałem nie uprzedzać się do tego albumu, pozwolić mediom na wystrzelanie się i w spokoju sięgnąć po krążek. Nie do końca się udało, ale nie miałem też wyrobionej opinii o krążku zanim go posłuchałem, a to na prawdę sukces w przypadku tego wydawnictwa.

Mój pierwszy raz z tą płytą - szok. Faktycznie kontrowersyjnie, jednak nie w każdym kawałku. To wciąż ta sama Marysia - wybitne teksty wzbogacone fantastyczną muzyką. Właśnie, fantastyczną muzyką. Niejaki Fox podrzucił Marysi Peszek brzmienie, które idealnie synchronizuje się z jej dziełami. Jest mocno elektronicznie, alternatywnie, czasami rockowo. Nie ma głaskania po główce, mejkapu kryjącego zmarszczki. Jest konkretnie, surowo, srogo. Nie ma miałkości, o którą można było posądzić Andrzeja Smolika. Przy tej muzyce nie wsadzimy źdźbła trawy w zęby patrząc w niebo i czekając na wróbelki spragnione kromki chleba. W tym wszystkim słychać doskonałą zabawę. Ba, do tych kawałków można tańczyć, mimo powagi w tekstach. A te to polski top.

Co wywołuje uśmiech na mej twarzy i przysparza szybszego bicia serca? Co napędza bądź hamuje życie? Emocje. Ich też szukam w muzyce. A tych z „Jezus Maria Peszek” czerpię garściami. Za każdym razem słuchając krążka łapie mnie za gardło, szyderczo się uśmiecham, kiwam głową zgadzając się z tekstem bądź „odlatuję”. Nie mógłbym prasować koszuli słysząc z drugiego pokoju dźwięki znane z „Jezus…”. To jedna z tych płyt, która pochłania w całości.

Bo jak mogę prasować koszulę gdy Maria Peszek w maksymalnie intymny sposób śpiewa – bo rozmowa jest za trudna - o miłości w „Nie wiem czy chcę”. Używając tak prostych słów, ktoś powie ‘oklepanych’, jak „kocham cię najmocniej na świecie” ja stoję wryty i wiem, że gdyby śpiewała do mnie, uwierzyłbym w 100%. Wyduszając dalej „... ale nie chcę mieć dzieci” chwyta za gardło. Gdy dodaje „byłby z ciebie fajny tata” kipi prawdziwą miłością. Bo to miłość, a o niej trzeba mówić prosto, szczerze i bez obaw.

Nie mogę pominąć „Pan nie jest moim pasterzem”. Artystka wędrując ciemną doliną nie lęka się zła. Parafrazuje popularną piosenkę religijną tworzy kawałek jedyny w swoim rodzaju. Z gracją śpiewa o niewierze, nie jak dotąd nagminnie czyniono, o zbawiennym wpływie wiary na życie. Fenomen.

A „Pibloktoq”? Niepokojący, choć niesamowicie piękny zapis lęków sennych. Przez „Zjednoczone Stany Lękowe” prowadzi nas opowiadając o mięsie, krwi i wyjmowaniu serca spod żeber. Ja nerwowo przełykam ślinę i wiem, że nie chcę znaczyć mniej niż „pocztowy znaczek”. I znów o miłości, bez której „byłoby jej pół”.

Mógłbym tak wyliczać, wymieniać kolejne tytuły. Opisywać załamanie nerwowe artystki, wołanie o pomoc, godzenie się ze śmiercią. Ale po co? W intymną podróż z Marią Peszek każdy powinien wybrać się sam.

Obok płyty „Jezus Maria Peszek” nie można przejść obojętnie. Pomijam wczasy w Bangkoku, hamak, całą otoczkę związaną z wywiadem dla „Polityki”. Maria Peszek ponownie pokazała gdzie jest jej miejsca na polskiej scenie muzycznej. Sorry Polsko, ale to ona wyznacza trendy. Nie Pectus, nie Justyna Steczkowska czy Afromental. Bo to Maria Peszek serwuje słuchaczowi przeżycia, które po przesłuchaniu stają się jego. Na mnie działa. Tonę w emocjach.





Komentarze

Ten wpis nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.